Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Marysieńka i omlety...


Dlaczego taki tytuł? Otóż jak się okazuje omlety do kuchni polskiej sprowadziła właśnie Marysieńka Sobieska primo voto Zamoyska , przywiozła je z Francji, podobno bardzo je lubiła i kazała sobie często przyrządzać. Pewnie więc gościły omlety na stołach zamojskiego i zwierzynieckiego pałacu... Hmm... może omlet to dobry pomysł na dzisiejszą kolację? 




Na zdjęciu Marysieńka jako Jutrzenka na plafonie w Pałacu Wilanowskim. http://www.wilanow-palac.pl/

czwartek, 27 marca 2014

Frytki historia prawdziwa :)

Źródło: http://www.muzeumzamoyskich.pl/

Natknęłam się kiedyś na ciekawy „dokument” - Menu przyjęcia weselnego Marii i Michała Zamoyskich z 1926 r. Moja uwagę przykuła jedna z pozycji – „pommes frites” czyli po prostu frytki. Frytki w menu z 1926 roku jako danie główne? Poszperałam wiec trochę w internecie i oto efekty owych poszukiwań:

Frytki po raz pierwszy pojawiły się w Belgii. Belgowie odkryli je przez przypadek w XVII wieku. Ich ulubionym daniem były małe smażone rybki, ale niestety w zimie, czasami trudno je było wyłowić. Belgowie znaleźli sobie zastępczy smakołyk, zamiast rybek zaczęli smażyć ziemniaki, które obierali i kroili tak, by kształtem przypominały właśnie rybki. Pierwszy bar z frytkami otwarto w 1857 roku w Belgii właśnie.

Nazwa „frytki” może mieć dwojakie pochodzenie. Podobno pierwszym sprzedawcą frytek był niejaki Fritz, którego belgijska gazeta nazwała „królem frytek”. A być może nazwa wzięła się od francuskiego słowa frités (od frire – smażyć). Frytki po angielsku nazywane są french fries, ale dzieje się tak tylko ze względu na to, że w Belgii oficjalnym językiem jest francuski. Do Stanów Zjednoczonych frytki zawędrowały dopiero razem z weteranami po I wojnie światowej. Ot taka historia... :)

środa, 26 marca 2014

Szlachta się bawi...

Uczta u Radziwiłłów  - A. Orłowski, źródło: http://commons.wikimedia.org/

"Wstawano późno, koło 11-ej, wnet bieżono na śniadanie. Normalny szlachcic posuwał sobie: łokieć suchej kiełbasy, półmisek zrazów z kaszą, dwa kapłony, zalewał to czterema butelkami wina węgierskiego i - dość! do obiadu nic już nie brał do ust.

Obiad zaczynał się o 12-ej w południe. Zasiadano przy długich wąskich stołach, przybranych w tafle zwierciadlane o złoconych brzegach. Pośrodku kupy konfitur i galaret ułożone w kolory i herby najdostojniejszych gości. Na tych słodyczach sterczały figurki porcelanowe i inne cacka.
Stale brakło naczynia; biesiadnicy wyciągali zza cholewy własne łyżki, talerze i noże - obtarłszy je wprzód w obrus - pożyczano grzecznie sąsiadowi. Wszyscy czuli się prawie na czczo, więc w milczeniu pałaszowano; na początek szła wazka barszczu z rurą, potem micha schabu z grochem, rynienka kapusty ze sztukamięsą... Książę Karol coraz to wołał płaczliwie:
- Panie kochanku, nic nie jecie, nie pijecie, niełaskawi...
- Zdrowie księcia pana! - odkrzykiwała szlachta, spełniając puchary i rada z przynuki.
Zaspokoiwszy nieco pierwszy głód, zwalniano tempo, urządzano atrakcje wesołe a dowcipne:
Młodzież popisywała się rozpłatywaniem indyka w powietrzu - co to było śmiechu, gdy się nie udało i ociekający tłustym sosem indyk padał - bęc na brzuch jednego z widzów; ktoś ucinał szablą szyjkę od butelki, ktoś brał naraz do gęby 3 jajka na twardo i połykał, ci rzucali zręcznie w damy kulkami z chleba - prosto za gors, najwięcej podziwu wzbudzały jednak popisy tęgich gardziołek.
Zwykły puchar zawierał dwie butelki wina, mistrzowie gardzili takim kieliszkiem i brali się do gąsiora co wyglądał na beczułkę. W pucharze takim mieściło się 5 butelek, a w jego nakrywce 3, wirtuoz opróżniał jednym haustem nakrywkę, zaraz potem dwoma łykami sam puchar i z gracją, przez serwetę, oddawał temu w czyje pił ręce. Entuzjazm powszechny. Gracka robota!
- Przedni ma spust!
- I trzeźwy! Tęga głowa, musimy go wybrać na posła! 
Starzy biadali, że to już nie te dobre, piękne czasy saskie. Wtedy za opróżnienie duszkiem takiego pucharzyska król dawał zasłużoną nagrodę: starostwo, pensję dożywotnią, order Orła Białego, dziś - kto co dostanie? Czasem rozczulony magnat da pierścień, albo konia - taki drobiazg za taki wyczyn! Oj ta młodzież obecna, jeszcze trochę, a jak chore babcie herbatę pić zacznie.
Na razie na tę katastrofę się nie zanosiło, wszyscy pili na umór, brzuchy pęczniały w oczach."

Fragment książki Karola Zbyszewskiego "Niemcewicz od przodu i tyłu".